Dziś chcielibyśmy przedstawić Państwu pewną historię. Jest to opowieść o wątpliwościach i problemach, które zdarzają się w ciąży i podczas karmienia piersią, ale też o radości z przyjścia na świat dziecka i satysfakcji z pokonywania pojawiających się trudności. Historię wyjątkową, ponieważ napisaną przez Mamę.

Dwie kreski

15 lutego 2010 roku test ciążowy pokazał upragnione dwie kreski. Z jednej strony radość, z drugiej strach, czy dziecko będzie zdrowe, czy dam sobie radę jako mama, czy po porodzie wrócę do swojej figury, do tego wiele innych przemyśleń. Dziewięć miesięcy przebiegło bez żadnych komplikacji – ciąża wręcz idealna. Dbałam o siebie, dużo ćwiczyłam, starałam się wszędzie gdzie się dało chodzić pieszo. Latem organizowaliśmy wspólnie z przyszłym tatą jak najwięcej wypadów nad morze. W połowie ciąży zaczęły się drobne problemy z moim kręgosłupem, które mogłyby mieć konsekwencje w przyszłości, więc był to dla mnie wystarczający powód, aby pójść na zwolnienie lekarskie. Miałam od tego momentu dużo czasu dla siebie i dla rozwijającego się w moim brzuszku Maleństwa. Pamiętam, że nie czułam się specjalnie związana z dzieckiem i bycie w ciąży nie było dla mnie wtedy czymś wyjątkowym. Bardziej denerwowało mnie, że tyłam. Trudno było mi zaakceptować siebie z wielkim brzuchem.

Czas do szkoły

Za namową osób bardziej doświadczonych w temacie rodzenia dzieci, zdecydowaliśmy się z mężem pójść do szkoły rodzenia. Szkoła, którą wybraliśmy, promowała poród jak najbardziej naturalny, pozbawiony zbędnej medykalizacji. Ciąża i poród to stan fizjologiczny, a nie choroba, co było zgodne z naszym podejściem do życia. Przed zajęciami nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak będę karmić dziecko, jak będę je kąpać, ubierać, ani jak będę radzić sobie z problemami, czy dam dziecku smoczek czy nie, czy będę je nosić w zachwalanej chuście czy wybiorę nosidełko etc.  Ciekawym rozwiązaniem w naszej szkole rodzenia było zapraszanie rodziców, czyli przyszłych dziadków, na zajęcia o karmieniu noworodków i niemowląt. Miało to na celu uświadomienie dziadkom, że w kwestii karmienia piersią wiele zmieniło się w ostatnich dekadach i że nie wszystkie rady w stylu „pić bawarkę, będzie więcej mleka” są słuszne. Najważniejszym, czego dowiedzieliśmy się na tych zajęciach, było  znaczenie mleka mamy dla prawidłowego rozwoju dziecka oraz tego, że tylko ok 1% kobiet z uzasadnionych powodów medycznych nie może karmić swoich dzieci piersią (bądź odciągniętym pokarmem) i że większość problemów, które mogą się pojawić, da się szybko rozwiązać i tak naprawdę udane karmienie piersią często zależy tylko od motywacji mamy i wsparcia najbliższych i personelu medycznego. Ta wiedza, jak się później okaże, przyda mi się jeszcze wiele razy.

Poród

26 października 2010 roku wieczorem pojechaliśmy do szpitala (termin miałam na 18 października). Tam usłyszeliśmy, że jest bezwodzie, nie wiadomo co z dzieckiem i poród musi się jak najszybciej odbyć. Poród był bardzo ciężki (chociaż słysząc opowieści koleżanek to wszystkie porody są). Podczas całego porodu musiałam leżeć, do tego oksytocyna, ktg, ale też wspierający mąż obok. Na szczęście mimo bezwodzia i odklejającego się łożyska lekarze nawet nam nie zaproponowali cesarskiego cięcia i Tomuś urodził się naturalnie o godzinie 2.45 27.10.2010 roku. Położyli mi go na dwie sekundy i szybko zabrali na badania i diagnostykę (był cały zakrwawiony, z buzi ciekła mu krew więc podejrzewano krwawienie z przewodu pokarmowego, które zostało po tygodniu ostatecznie wykluczone). Tej nocy już nie zasnęłam, leżałam tylko półprzytomna i zastanawiałam się, co z dzieckiem? Rano, słysząc płacz noworodków, poczułam obowiązek bycia przy dziecku. Podróż na neonatologię i widok Tomusia w inkubatorze skończyły się utratą przytomności (skutek wrażeń, suchego powietrza i poporodowej anemii). Po południu przynieśli mi Tomusia na salę. Położna (była chyba także doradcą laktacyjnym) włożyła mi małego pod koszulę, a on zaczął po prostu ssać pierś. Było to bardzo dziwne uczucie, coś mnie szczypało w piersi, a do tego wszystko tak jakby działo się obok mnie. Pamiętam, że w tamtym czasie karmiłam go tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku. Nie wiedziałam jeszcze, czym jest miłość matki do dziecka i jak silna może to być więź. Położna, która pomagała mi przystawiać dzidzię, obiecała, że przyjdzie później sprawdzić, jak sobie z małym radzimy, oczywiście nie pojawiła się więcej. Kolejne dni w szpitalu to poznawanie małego i wspólne uczenie się nowej rzeczywistości. Około trzeciej doby pojawił się standardowy nawał pokarmu, jednak uratował mnie wtedy telefon do doświadczonej siostry i jej rada, aby iść pod ciepły prysznic i ściągnąć ręcznie trochę mleka. Tym sposobem nigdy nie dopuściłam do zastojów mleka i stanu zapalnego. Na początku ręczne odciąganie pokarmu było dla mnie strasznie dziwne i miałam przed tym duże opory. Nie zdawałam sobie sprawy, że dzięki tej prostej czynności można się nauczyć świadomości własnego ciała i poznać procesy, które w nas zachodzą. Z czasem karmienie i czynności pielęgnacyjne z tym związane zmieniły mój stosunek do własnego ciała, zaczęłam się bardziej akceptować i przede wszystkim poczułam się bardziej kobieco.

Powrót do domu i karmienie

Po wyjściu ze szpitala dni mijały nam bardzo szybko. Mąż miał dużo pracy, zdawał także swoje egzaminy zawodowe. Większość czasu spędzałam z dzieckiem zupełnie sama. Jeden z większych kryzysów miałam po wizycie patronażowej, kiedy to położna, instruując mnie odnośnie karmienia piersią, powiedziała, że powinnam jeść urozmaicone posiłki, po czym wymieniła długą listę rzeczy, których nie powinnam jeść w ogóle. Gdybym posłuchała jej rady, to jadłabym chyba tylko biały chleb i popijała wodą. Nie mniej jednak wizyta zakończyła się trzydniowym rozstrojem nerwowym i typowym bejbi blusem. Młode, przestraszone mamy są bardzo podatne na „dobre rady” autorytetów, a takie rady to już najkrótsza droga do szybkiego zakończenia karmienia piersią. Dziwi mnie fakt, że osoby które mają młodym mamom pomagać i otrzymują za to wynagrodzenie, wpędzają je w kompleksy. Mojego męża fakt ten przestał dziwić po wizycie w naszej przychodni, gdzie ulotek reklamowych koncernów żywieniowych jest więcej niż warzyw na straganie w dzień targowy. Moim zdaniem marketing to tylko jedna z przyczyn tego stanu rzeczy, położne i lekarze pierwszego kontaktu często nie mają odpowiedniej wiedzy w kwestii karmienia piersią, a problem, z którym przychodzi młoda mama, jakoś trzeba rozwiązać i łatwiej jest zająć się skutkiem niż poszukać prawdziwej przyczyny. Pediatra Tomcia również nie zdała egzaminu z wiedzy na temat karmienia niemowląt. Jednym z jej zaleceń było ograniczanie liczby karmień ze względu na to, że mały przytył za dużo w pierwszym miesiącu. Na szczęście intuicja, a może wiedza wyniesiona z zajęć szkoły rodzenia i naukowych publikacji dotyczących karmienia piersią i mleka mamy, podpowiadała mi coś innego. Pani doktor zawiodła mnie również w momencie, kiedy mały dostał alergii pokarmowej nie wiadomo na co, gdy miał około pół roku. Długo można by opowiadać, co musieliśmy przejść: rany na policzkach, do tego krzywe spojrzenia i komentarze innych, niespokojne noce. Wniosek lekarki był jeden: powinnam przestać karmić piersią, bo dziecko nabawi się alergii na całe życie. Uznałam w tym momencie, że nie odrobiła ona lekcji z właściwości mleka mamy. Ja byłam po lekturze wytycznych dla pediatrów 2011, które stwierdzały zupełnie coś odwrotnego. Gdyby nie to, że byłam w pełni przekonana do swoich racji i mimo tak wielu problemów, postanowiłam postąpić inaczej niż zalecali nam lekarze, zwłaszcza tacy, którzy usilnie próbowali wmówić nam, iż nie dbamy właściwie o dziecko, dużo szybciej odstawiłabym małego od piersi. Na szczęście przychodnia wypełniona kolorowymi plakatami reklamowymi, z mnóstwem ulotek i to, w jaki sposób lekarka zachwala gotowe słoiczki i przekonywała nas do ich wyższości nad domową zupą, kazały nam wątpić w obiektywność zaleceń żywieniowych osób tam pracujących. Miałam wiele momentów zwątpienia, przecież nie jestem lekarzem, to oni powinni wiedzieć lepiej, jednak instynktownie czułam, że mimo wszystko, to co ja robię jest najlepsze dla mojego dziecka. Po pół roku udało nam się opanować sytuację alergii Tomcia. Cieszę się, że mimo wszystkich trudów zaufałam sobie, swojej wiedzy i podjęłam właściwą decyzję. Do dziś mały jest uczulony na białko jaja kurzego i czasem po podaniu ma jeszcze reakcje, ale już nie tak gwałtowne, jak kiedyś. Gdybym wtedy przestałą karmić, nie zmieniłoby to i tak jego sytuacji, a ja nigdy nie doświadczyłabym prawdziwej satysfakcji płynącej z karmienia piersią, która przyszła około dziewiątego miesiąca. Wcześniej karmienie było bardziej obowiązkiem, a od tego momentu stało się także przyjemnym rytuałem. Nie musiałam już mieć dziecka non stop przy piersi, a kiedy go przystawiałam, mogłam się naprawdę zrelaksować i spędzić z nim miłe chwile.

Karmienie piersią i podróże

Karmienie piersią pozwoliło nam być dalej aktywnymi rodzicami bez konieczności rozstawania się z małym. Tak naprawdę to karmienie wpasowało się w nasz styl życia – to jest moje rozumienie powiedzenia szczęśliwa mama- szczęśliwe dziecko, a u nas nawet powinno być szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dziecko. Gdy Tomek miał cztery miesiące pojechaliśmy z nim pierwszy raz w góry w Beskid Śląski. Nawet udało nam się pozjeżdżać na snowboardzie, co prawda na zmianę – jedno pilnowało, drugie zjeżdżało, ale za to jak mały pięknie spał na powietrzu. Karmienie piersią jest niesamowicie wygodne, karmiłam syna wszędzie: na stoku, w samochodzie, w restauracji, w kościele, na spacerach – kiedy tylko mały chciał jeść. Karmienia publiczne nie było już wtedy dla mnie problem, dziecko musi zjeść i tyle. Starałam się nosić ubrania, które pozwalały mi w łatwy, wygodny i dyskretny sposób nakarmić dziecko. W jego pierwsze wakacyjne miesiące w życiu, podczas weekendów, jeździliśmy nad morze i jak zwykle mogłabym godzinami wychwalać zalety karmienia piersią. Nawet, gdy miał już 11 miesięcy, a my postanowiliśmy pojechać w Bieszczady, nie musieliśmy rezygnować z całodziennej wyprawy w góry. Zawsze mieliśmy ze sobą podgrzany, gotowy posiłek dla niego w postaci mleka mamy, a ja na szczęście nie jestem z tych mam, które ściśle przestrzegają planu rozszerzania diety malucha podawanego przez życzliwe wszystkim młodym mamom koncerny żywieniowe i moje dziecko nie musiało codziennie dostawać zupy warzywnej 150g, obiadku mięsno-warzywnego 250 g itp. Wiemy, że wielu ludzi z boku mówiło, że męczymy biednego dzieciaka, że te długie podróże w foteliku są nie wygodne i niezdrowe dla kręgosłupa (ciekawe, że często mówią to inni rodzice, którzy na siłę dzieci zaczynają sadzać w wieku 4 miesięcy, bądź godzinami wożą półroczne maluch w spacerówkach po centrach handlowych), ale nawet jeśli spędził w jeden dzień te parę godzin w foteliku, to myślę, że i tak zrekompensowaliśmy to wożąc go do 9 miesiąca w gondolce, a także nosząc go w chuście. Poza tym nic nie jest też w stanie zastąpić tej więzi, którą zbudowaliśmy razem jako rodzina, dzięki wspólnym eskapadom z naszym dzieckiem.

Kilka refleksji

Patrząc z perspektywy czasu mój okres karmienia piersią Tomcia był cudowny. Dziś te wszystkie nieprzespane noce, ta energia włożona w opiekę nad nim, pogryzione brodawki, cieknące mleko z piersi, kłucie w piersiach, gdy tylko słyszałam płacz, dziecko całą noc przy piersi, nie wydają mi się takie straszne jak w tamtych momentach. Nigdy też nie podaliśmy dziecku smoczka, zawsze staraliśmy się uspokoić go inaczej. Najczęściej kończyło się na podaniu piersi, bo to przecież nie tylko jedzenie, ale także naturalna potrzeba bliskości. Wiem, że warto było to przeżyć. Satysfakcja jaką ja sama czerpałam z karmienia, wynagrodziła mi wszystko, co przeszłam. Jedyna rzecz, jaką bym zmieniła, to moje podejście w pierwszym okresie karmienia. Dziś starałbym się bardziej rozluźnić i nie denerwować się tak, że to trwa tyle czasu, a ja muszę posprzątać, ugotować obiad, zrobić pranie, poprasować, poodkurzać, czy też wykonać inną niecierpiącą zwłoki czynność. Karmienia nocne zakończyliśmy około roczku Tomcia. Przyszedł wtedy kres moich możliwości. Przez tydzień, z różnym skutkiem, mąż wstawał do małego. Przez około trzy tygodnie byliśmy jak zombie, ale w końcu się udało – Tomcio budził się już tylko raz i wystarczyło mu podać łyczek wody. W ciągu dnia karmiłam go jeszcze przez następne osiem miesięcy, stopniowo zmniejszając liczbę karmień na dobę. Pod koniec okresu karmienia karmiłam go co 3-4 dni. Laktacja zaczęła dzięki temu sama zanikać, obyło się bez zbędnego zasuszania pokarmu. Ostatni raz nakarmiłam go 8 czerwca 2012 roku. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że zapragnę do tego karmienia wrócić.

Komentarze

komentarzy